Felietony, komentarze, opinie

 

 
Nie przegap!
 

 
0
Opublikowane 5 marca 2014 przez Balthasar Colbert w Kultura
 
 

Wojna o kulturę!

men
men

Trwa tzw. wojna o kulturę. Czyli o co? Generalnie wojna toczy się o dwie rzeczy. Pierwszą jest tabu – co będzie, a co nie dozwolone w sferze publicznej. Gdzie będą postawione granice dobrego smaku, a co będzie nazywane kiczowatym. Drugą jest kwestia elit – kim mają być, skąd się rekrutować, przez kogo być opłacanymi. Podobny temat był dosłownie przed chwilą poruszany na naszych łamach, ale moje ujęcie będzie odrobinę inne, choć pozostające w zgodzie z tym wcześniej zaproponowanym. Wojna toczy się między tym, co będę nazywać starą kulturą, a nową kulturą.

Więc pierwsza kwestia – tabu. Co nam wolno mówić, o czym tworzyć dzieła sztuki, jak się zachowywać. Przez ostatnie kilka tysięcy lat sprawę tę regulowała powstała w sposób spontaniczny kultura. Pytanie o to w czym była ugruntowana nie jest tekstem na blogową notkę ale na dysertację doktorską (co najmniej). Zainteresowanych odsyłam do Zgubnej pychy rozumu F.A. von Hayka lub jeżeli perspektywa tego ujęcia się nie spodoba do prac Chestertona (Wiekuisty człowiek), czy Lewisa (Kres człowieczeństwa). Wracając jednak do tematu: społeczeństwo w sposób oddolny i nieskrępowany. Oczywiście gdy już zgodzono się na pewne normy zaczynały one krępować innych. Nie ma jednak podstaw by sądzić, że owo skrępowanie było czymś przez nich nie do zaakceptowania. Gdyby wielkie masy ludzkie nie chciały zgodzić się na pewne wzorce kulturowe, te po prostu nie ugruntowałyby się.

Tabu było narzędziem likwidowania lub trzymania w ryzach potencjalnie niebezpiecznych zachowań. Jak się wydaje owo narzędzie miało służyć każdemu kto się temu podporządkował. Dziś tabu zmieniło znacznie swoje znaczenie. Mimo, że dalej służy do likwidacji niebezpiecznych zachowań, te zachowania same w sobie nie są niebezpieczne dla osób, które je wykonują, są natomiast niebezpieczne dla tych, którzy dany temat tabuizują. Najbardziej interesującym przykładem (gdyż dotyczy zarówno nowej kultury jak i starej) jest podejście do seksualności. W ciągu minionych tysiącleci seksualność podlegała tabuizacji. De facto zepchnięto ją (lub bardzo usilnie starano się to zrobić) jedynie w obręb małżeńskiej sypialni. Przeświadczenie, że tak należy zrobić wynikła z przekonania o destrukcyjnej roli nieposkromionego niczym instynktu seksualnego. Sądzono (a wielu ludzi sądzi nadal), że nietrzymana w ryzach seksualność staje się niebezpieczna dla osoby tak nieopanowanej. Konsekwencją takiego podejścia było m.in: wytworzenie się (we wszystkich właściwie starożytnych kulturach) norm dotyczących ubioru [1], wysławiania się oraz tematów na które wypada rozmawiać. Normy te różniły się co do sposobu realizacji, ale cel był ten sam, znaleźć właściwe miejsce w życiu ludzi, w którym seksualność mogłaby się realizować, a byłaby przy okazji bezpieczna dla reszty ich życia.

Jak sprawa wygląda teraz? Grupa nawiedzonych filozofów i ideologów doszła do dziwnego przekonania, że wypracowane przez tysiące lat normy, krępujące pewne zachowania, destruktywnie wpływają na ludzi. Uznano więc, że seksualność trzeba wywlec z małżeńskiej sypialni i udostępnić w każdej formie wszystkim i zawsze. Jaki mamy efekt? Grę w słoneczko[3], a to dopiero początek.  Ideolodzy niepohamowanej seksualności dostrzegają jednak, że coś idzie nie tak. Miało być fajniej a jest mniej fajnie. Co zatem? To co zawsze robią ideolodzy: jeżeli coś nie zadziałało dajmy tego więcej wtedy na 100% zadziała. Otóż droga liberalna lewico – nie, nie zadziała. Sama będziesz przerażona tym jakie potwory wyhodujesz, gdy już gremialnie przystąpią do gwałcenie twoich ideologów.

Tak więc tabu jest pierwszą sprawą, o którą toczy się wojna. Warto tu dodać, że nowa kultura nie tylko niszczy stare tabu, ustanawia też nowe. Ich głównym celem jest tabuizacja religii (wyrugowanie jej z przestrzeni publicznej). Po drodze jednak trzeba ustanowić jeszcze wiele drobnych tabu, dotyczących mniej istotnych spraw. W niektórych miejscach na świecie, za przepuszczenie kobiety w drzwiach można dostać już w twarz – kultura rycerskości też jest tabuizowana. Przykłady można mnożyć w nieskończoność, ale czas zająć się drugim aspektem wojny o kulturę.

Kto ma być naszą kulturową i kulturalną elitą? W starej kulturze byli to ci ludzie, którzy brali na swoje barki tak ekonomiczne, jak i każde inne utrzymanie, przechowanie i przekazania norm i innych jej wytworów. Byli ludzie, których można by nazwać naturalnymi strażnikami tradycji (por. H.H. Hoppe). Nie byli oni koniecznie predestynowani do tego urzędowo, po prostu znajdowali w sobie wystarczająco sił i chęci by takim zadaniem się zająć (dobrym przykładem z wieku XX jest Pilinio Correa de Oliveira). W pewnym sensie każdy może stać się takim naturalnym strażnikiem o czym pisał mój luźno myślący kolega [4]. Oczywiście rola ludzi wybitnych, poświęcających całe życie i gromadzących dookoła siebie wielkie masy ludzkie jest niezastąpiona. Pamiętać jednak należy, że to właśnie te masy, będą gwarantem skuteczności jednostki wybitnej, a więc takiej, która poświęca wszystko by o normy kulturowe walczyć. Kiedyś w dużym zakresie sprawą tą zajmował się Kościół Katolicki, którego kapłani starali się zachować tradycję wśród ludzi wszystkich stanów. Dzisiejszy Kościół coraz bardziej przypomina organizację charytatywna, zamiast strażnika starych zasad, ale nawet teraz istnieją w nim silne organizacje skupione na tym problemie i ogólne przekonanie o konieczności zachowania starych norm.

W nowej kulturze elitami są chyba wyłącznie urzędnicy. Urzędnika należy rozumieć szeroko – jest to osoba, która wykonując pewną pracę (niekoniecznie przydatną) otrzymuje za to pensję z budżetu państwa. Pensja może być różnie nazwana: grant, dotacja dla czasopisma, ulga podatkowa etc. Nowa elita nie postępuje już tak jak stara. Jej celem nie jest bowiem zachowanie starej kultury, tylko wprowadzenie nowej. Zgodnie z zasadami rewolucji będzie więc przede wszystkim mieć charakter destruktywny. Destrukcja ta przede wszystkim będzie polegała na niszczeniu starych tabu. Przy czym jak okazało się w dość krótkim czasie, nowa elita nie ma zamiaru nic budować. I nic nie buduje. Nic nie przekazuje kolejnym pokoleniom poza zasadą, że należy obalać tabu.

Wojna między obiema elitami zostanie rozstrzygnięta przez masy. Wygra ta, która pociągnie za sobą większość ludzi. Ta właśnie elita będzie miała mrówczo pracujących pomocników, którzy każdego dnia swoją pracą, zachowaniem, (nie)przestrzeganiem norm i kierowaniem własnych pieniędzy na konkretne rzeczy przyniesie ostateczne zwycięstwo. A prędzej czy później zwycięstwo, którejś ze stron musi być ostateczne.  Woja o kulturę ma bowiem charakter wojny totalnej, w której jeńców się nie bierze.

[1] I niech mi wolno będzie na marginesie zauważyć, że oglądając fotografię i obrazy sprzed 100 lat i starsze i porównując je ze współczesnymi uważam to za jedno z piękniejszych osiągnięć. Proszę zresztą spojrzeć na fotografię powyżej i tą poniżej [2] – memy to ziemia obiecana Arystotelesa, chwytają bezbłędnie istotę:

women

 

[2] fot. http://www.atbreak.com/pictures-2/women-wtf-happened/

[3] http://www.fakt.pl/Zabawa-w-sloneczko-jest-juz-niemodne-Teraz-rzadzi-lokomotywa,artykuly,138267,1.html

[4] http://luznemysli.pl/kazdy-moze-byc-mecenasem/

fot. http://www.v1ncent.pl/dla-wszystkich-facetow-ktorzy-zdazyli-zapomniec/


Balthasar Colbert