Felietony, komentarze, opinie

 

 
Nie przegap!
 

 
0
Opublikowane 17 września 2016 przez Marcin Sułkowski w Wydarzenia
 
 

Słów kilka o edukacji

http://picovico.com/wp-content/uploads/2015/11/yourstory-education.jpg
http://picovico.com/wp-content/uploads/2015/11/yourstory-education.jpg

Reforma edukacji zaproponowana przez obecny rząd budzi wśród niektórych wiele kontrowersji. Niektórzy, jak bloger Tomek Laskus (Tekst tutaj) twierdzą, że narracja PiS to tylko pewne formułki, bez żadnych danych czy uzasadnień. Możliwe, choć dla bardziej wnikliwych – wątpliwe. Trzeba bowiem pamiętać, że konferencja prasowa nie jest miejscem na rozkładanie argumentów za i przeciw systemowi 8+4. Takowe znajdziemy tutaj – https://men.gov.pl/ministerstwo/informacje/reforma-edukacji-prezentacja-projektow-ustaw.html oraz na stronie IBE (ibe.edu.pl). Sęk jednak w tym, aby zacząć rozpatrywać system edukacji i ową reformę nie przez pryzmat akademickich badań, statystyk i założeń demograficznych, ale przez pryzmat zwykłej obserwacji. Mam ten komfort, że na własnej skórze przeżyłem obecność 8-klasistów w podstawówce, chodziłem do gimnazjum, a na poziomie liceum istniały u mnie 4 roczniki ze względu na tzw. językową „zerówkę” (liceum trwało 4 lata).

Wprowadzenie w Polsce gimnazjów w 1999 roku miało przypominać system edukacji z 20-lecia międzywojennego. Wspomnienia o ówczesnych gimnazjach, które kształtowały przyszłe talenty i moralną postawę wielu wybitnych Polaków tamtych czasów zaklinały rzeczywistość przełomu wieków, każąc wierzyć, że historia i tym razem się powtórzy. Pomijając fakt, że gimnazja w 20-leciu międzywojennym wyglądały inaczej, jeśli chodzi nie tylko o zakres materiału, ale i czas trwania, to należy sprawę postawić jasno – młodzież w tamtych czasach była wychowywana inaczej. Czy lepiej, czy nie, to jest temat na oddzielną dyskusję, natomiast faktem jest, że szacunek do edukacji i nauczyciela wyglądał 100 lat temu o niebo lepiej, niż obecnie, dlatego pomysł stworzenia 3 letniego gimnazjum, był pomysłem z góry skazanym na porażkę.

Dzieciaki w wieku 13 lat wchodzą w tzw. trudny wiek. Negacja autorytetu, przeświadczenie o własnej nieomylności i samowystarczalności i podatność na wpływy to dość typowe cechy młodzieńca w wieku gimnazjalnym. Od strony czysto praktycznej, wrzucenie 3 roczników takich buntowników do jednego budynku i danie im poczucia awansu edukacyjnego (w końcu już nie są w tzw. „podbazie”) powoduje, że pomysły całej tej grupy, nie są w żaden sposób torpedowane przez rówieśników, bo wszyscy są w tak samo głupim wieku, a nauczyciele są bezsilni (jak słynny belfer od wiadra na głowie). Ci grzeczniejsi i bystrzejsi cierpią na tym najbardziej, bowiem obserwują postawy rozwydrzonych kolegów i koleżanek, natomiast dla osiłków i przygłupów jest to woda na młyn. W oczywisty sposób przekłada się to nie tylko na zachowanie, postawy moralne, ale i efekty kształcenia.

O wiele lepiej wygląda to w systemie 8+4. Dzieciaki ze starszych klas muszą bowiem brać odpowiedzialność za swoich młodszych kolegów, starają się dawać lepszy przykład, aby wygłupami nie sprawiać wrażenia „dziecinnych” i w razie realizacji jakichkolwiek głupich pomysłów, muszą brać pod uwagę, że będą one inaczej postrzegane, gdy w pobliżu były 7-latki, niż w przypadku gdy dookoła są sami równolatkowie. Jeszcze lepiej ma się sytuacja w 4-letnim liceum, bowiem młodzieniec w „głupim wieku” trafia do szkoły, w której najstarsi są już pełnoletni, bardziej dojrzali i nie pozwolą na idiotyzmy, które regularnie można obserwować w gimnazjum. Brojący buntownik zwyczajnie nadepnie komuś na odcisk, lub wkurzy starszych licealistów, którzy nie mają ochoty, aby przez głupkowate wybryki zwiększano ilość dyżurujących na korytarzach nauczycieli, co spowoduje mniejszą swobodę nawet w zwykłej rozmowie na przerwie. A już starsi mają środki, aby nauczyć gagatka normalnego zachowania.

Co daje taka sytuacja, poza większym spokojem? Otóż dzieciaki z systemu 8+4 przechodzą poniekąd przez system, w którym „niepokorni” doświadczą swoistego ostracyzmu ze strony szkolnych kolegów. Będą musieli się dostosować do reszty, bo inaczej będą mieli przechlapane. Nie dość, że staną się wtedy bardziej znośni w tym trudnym wieku, to i nauczy ich to nieco pokory, przydatnej w życiu. A możliwe, że dodatkowo zamiast robić z siebie głupków, zwyczajnie wezmą się do nauki.

Bez względu jednak na kształt modelu edukacji, uważam za konieczny powrót do egzaminów do liceów i na studia. Jeśli chcemy kształcić elity intelektualne i świetnych fachowców, to niech oceniają ich fachowcy, a nie klucz rozwinięcia.

Fakt najważniejszy jest jednak taki, że wszyscy ci, którzy psioczą na reformę, tak naprawdę upatrują źródła problemu w skutkach, zamiast przyczynach, a to one są istotne, jak uczył Arystoteles (dlatego należy przywrócić obowiązkowe zajęcia z logiki do szkół!). Chodzi bowiem o to, że gdyby szkoły były prywatne, ludzie mogliby sobie wybrać, czy prowadzą dziecko do 6-letniej podstawówki i 3-letniego gimnazjum, czy jednak 8-letniej podstawówki i 4-letniego liceum. De gustibus. Dodatkowo mielibyśmy wymierny efekt, jeśli chodzi o skuteczność modelów edukacji – wiedzielibyśmy, czy w życiu i pracy lepiej sobie radzą ci, którzy byli w gimnazjum czy ich rówieśnicy, których ten etap ominął. A i studia wyglądałyby inaczej, bowiem zamiast trzymać studentów-idiotów, na których ministerstwo daje pieniądze, a wykładowcy mają dzięki temu pensje, rynek szybko zweryfikowałby, po których uczelniach i kierunkach jest łatwiej o pracę. Skończyłoby to problem panoszącej się sitwy na polskich uczelniach i zwiększyło poziom kształcenia. W końcu nikt nie zapłaci za studia, które nic mu nie dadzą.

fot. http://picovico.com/wp-content/uploads/2015/11/yourstory-education.jpg


Marcin Sułkowski