Felietony, komentarze, opinie

 

 
Nie przegap!
 

 
0
Opublikowane 15 marca 2014 przez Marcin Sułkowski w Polityka
 
 

O zdradzie Polski


Dla naszej szerokości geograficznej temat jest niejako ponadczasowy. Położenie między dwoma potężnymi krajami – Niemcami i Rosją powoduje, że Polska zawsze musi mieć u dyplomatycznych sterów prawdziwych wirtuozów tej sztuki. Jak to wyglądało na przestrzeni dziejów, to Państwo doskonale pamiętacie z lekcji historii, a i obecnie mamy niezłego wirtuoza w postaci Radosława Sikorskiego, który jednak cały swój potencjał kanalizuje w twitterowych wypocinach.

Regularnie słyszymy o tym, jak to w 1939 roku Polska została zdradzona przez zachód i jak ostrożni musimy być przy negocjowaniu jakichkolwiek porozumień obecnie – nauczeni doświadczeniem. Niestety mamy tu do czynienia z półprawdą (delikatnie mówiąc), która wynika z naszego sposobu uprawiania polityki i podejścia do niej. Od czasów narodowowyzwoleńczych powstań widać wyraźną tendencję do romantyzmu, rzucania się z motyką na słońce, chaotycznego planowania i roszczeniowej postawy. W polityce liczą się argumenty i fakty, nie zaś „widzimisię”.

Co jest podstawowym celem polityków danego kraju w sytuacji konfliktowej? Dbanie o rację stanu. Mimo płynności tego terminu uprzedzam, że w tym przypadku chodzi mi o bezpieczeństwo obywateli i interesów państwa. W 1939 roku każde w europejskich państw chciało uniknąć wojny, a jeśli to było niemożliwe, dokładano wszelkich starań, by odroczyć ją w czasie. Nie ma się co dziwić – wojna to zarówno ofiary jak i koszty, a te są niezbyt mile widziane. Skuteczny dyplomata dba więc o to, aby odsunąć swój kraj z linii ognia, bądź zadbać, aby nie pełniło roli tarczy. Gdy w latach 30-tych minister Beck negocjował z Wielką Brytanią i Francją, powinien wychodzić z tego właśnie założenia i nie liczyć na to, że po wybuchu wojny, dobrzy wujkowie z zachodu przyjdą nam z odsieczą, angażując się w wyniszczającą wojnę. Nie mieli w tym bowiem żadnego interesu, a od czasów Machiavellego, pojęcie honoru w polityce funkcjonuje wtedy, gdy się opłaca. Trzeba więc postawić sprawę jasno – nie zostaliśmy zdradzeni. Polska dyplomacja wpuściła Polaków w maliny i dała im poczucie bezpieczeństwa, które niczym nie było poparte. Co innego, gdyby Beck wynegocjował przerzucenie części wojsk brytyjskich czy francuskich do Polski – wtedy reakcja byłaby błyskawiczna. Taka sytuacja nie miała jednak miejsca i Polska dostała jedynie gwarancję „pomocy w miarę możliwości”. Przez co finalnie dostaliśmy depeszę ze słowami otuchy. Zainteresowanych szerzej tym zagadnieniem, odsyłam do książki Cata-Mackiewicza pt. Polityka Józefa Becka.

Dlaczego o tym piszę teraz? Zapewne domyślacie się Państwo, że chodzi o kwestię konfliktu na Ukrainie. Musimy sobie powiedzieć wprost – jeśli Rosja zbliży się do naszych granic i zajmie choćby część Ukrainy, powinniśmy odpowiednio zareagować. Nie liczyć na żadną pomoc od wujka Sama, brytyjskiej królowej, kanclerz Merkel czy UE. Nie mają oni bowiem żadnego interesu w obronie tak słabego państwa, jak Polska – po prostu militarne zaangażowanie w obronę naszych granic nie kalkuluje się z ewentualnymi zyskami z tej operacji. Co musimy zrobić? Pochylić głowę i ocieplić stosunki z Rosją. Niestety premier Tusk gra w tę samą nutę, co Jarosław Kaczyński, więc możemy się spodziewać jednego – w razie zbliżenia się Rosji do naszych granic, mamy przerąbane i znów będą nam wmawiali, jak to zostaliśmy zdradzeni.

fot. http://grafik.rp.pl/grafika2/595467,616794,9.jpg


Marcin Sułkowski