Felietony, komentarze, opinie

 

 
Nie przegap!
 

 
Opublikowane 10 lutego 2014 przez Balthasar Colbert w Ekonomia
 
 

O bogaceniu się narodu

zarobicpieniadze
zarobicpieniadze

Nawiązanie do znanego dzieła pewnego wpływowego ekonomisty jest nieprzypadkowe. Wydaje się, że w Polskich warunkach należy rozpatrzyć tę kwestię pod dwoma względami. Pierwszym jest system prawny, drugim wydajność pracy. Zacznijmy jednak od podstaw.

Same pieniądze bogactwa nie dają. Jeżeli ktoś miałby milion dolarów w walizce ale nie mógł równocześnie wydostać się z puszczy amazońskiej, miałby jedynie niepotrzebny balast. Tak samo diament ma wartość tylko w określonej sytuacji społeczno-ekonomicznej. Gdybyśmy umierali z pragnienia nawet worek diamentów z chęcią wymienilibyśmy go na odrobinę wody. Pewne dobra, takie jak pieniądze i diamenty, zyskują jedynie wtedy gdy są pożądane przynajmniej przez jedną osobą, która chce coś dla nas zrobić za nie. Innymi słowy: wszystko co mamy (pieniądze, złoto, inne dobra, umiejętności i własną pracę) ma wartość jedynie wtedy, gdy możemy dokonać wymiany tego czegoś w zamian za coś czego pragniemy, czy co jest nam potrzebne. De facto zawsze dochodzi tu do wymiany pracy. Pewną pracą jest np. wydobycie złota. Tę pracę właśnie (symbolizowaną przez jej efekt w postaci wydobytego towaru) wymieniamy na inną pracę (symbolizowaną przez inny towar). Ponieważ praca zajmuje czas, a ten jest jedynym miernikiem naszego życia (to bowiem z konieczności trwa w czasie), nie jest bezzasadnym twierdzenie, że podstawową zasadą bogacenia się jest wymiana życia za życie. Czas pewnych ludzi jest rzecz jasna bardziej cenny niż czas innych (celowo nie piszę tu o życiu, gdyż wyrażenie takie byłoby dwuznaczne). Lekarz, który za ośmiogodzinną operację pobiera opłatę w wysokości 3 -4 średnich pensji, swoją pracą (której nie mógłby wykonać bez wcześniejszej wieloletniej edukacji) reprezentuje co najmniej tyle (dla konkretnej osoby) co kilka miesięcy pracy innych. Nie ma w tym nic zdrożnego. Sprzedawca, który nie musiał poświęcić wielu lat żmudnych studiów by zdobyć pewne określone, wartościowe (dla innych ludzi) umiejętności, ma ich po prostu znacznie mniej. W związku z tym jego czas i praca, przedstawiają dla ludzi mniejszą wartość, gdyż dużo łatwiej go zastąpić. Gdyby wszyscy byli wyspecjalizowanymi chirurgami, praca przez nich wykonywana byłaby właściwie wolontariatem.

Ponieważ każdy sam wyznacza sobie co jest dla niego wartościowe, nietrudno się domyślić, że i pojęcie bogactwa będzie relatywne. Jeżeli chcemy się nim (tym pojęciem) posługiwać w sposób możliwie obiektywny, to jedyną opcją jest stwierdzenie: bogactwo polega na zapewnieniu możliwie łatwego dostępu, do jak największej liczby dóbr dla jak największej liczby ludzi.

Tyle wprawek, które ustawiają nas we właściwej perspektywie myślenia o rynku i ekonomii. Pierwszą kwestią, którą musimy rozważyć w przypadku Polski jest jej system ekonomiczno-prawny. Podstawowym środkiem, który ułatwia nam wymianę jednej pracy na inną, jest pieniądz. Jeżeli więc pracujemy by się wzbogacić zyskujemy coś (pieniądz), co umożliwia nam kupienie pracy innych ludzi. To co dzieje się z pieniądzem nie może pozostać więc bez skutku na efektywność naszego bogacenia się. Pierwszą kwestią, która nasuwa się tu na myśl jest zagadnienie podatków. Jeżeli odbierane nam w podatkach pieniądze (a więc to co symbolizuje naszą pracę) to nie bez znaczenia jest fakt, jak będą one wydane. W przypadku, gdy wydajemy je sami, z pewnością bogacimy się (np. jeżeli kupuję buty za 200zł, to wyceniam je na co najmniej taką wartość – jeżeli 200zł przedstawiałoby dla mnie wartość wyższą niż te buty, nigdy bym ich nie kupił). W wypadku gdy pieniądze z naszych podatków są wydawane na rzeczy, których nie chcemy i które nie przynoszą nam żadnego dobra (w najbardziej szerokim sensie jaki jest możliwy – sami bowiem decydujemy co jest dobre dla nas) pieniądze te są po prostu marnowane. Wydaje się, że jest to pierwszy i bardzo ważny problem Polski.

Pieniądze z naszych podatków bowiem wydawane są w sposób, który można nazwać bezzwrotnym. Co to oznacza? Oznacza to, że pieniądze zebrane w podatkach wydawane są na rzeczy, które nie przyczyniają się do wzrostu naszej zamożności i do zabezpieczenie tejże. Najbardziej bulwersujące przykłady, to premie dla urzędników ZUS (ponad 200 mln zł rocznie), które nie przynoszą społeczeństwu żadnego dobra. Przynoszą jednak pewne dobro urzędnikom, którzy zazdrośnie będą bronić swojej uprzywilejowanej pozycji. Uprzywilejowanej dlatego, że wszyscy inni muszą oferować realne dobra i otrzymują w zamian za nie równie realne. Urzędnicy ZUS i instytucji podobnych nie muszą czegoś takiego robić, korzystając z uprzywilejowanej sytuacji na rynku dóbr i pieniędzy.

Każda złotówka, która zostaje ‚wydana’ w taki sposób zwiększa zakres biedy w społeczeństwie. A ZUS to tylko najbardziej znienawidzony przykład. Nie mniej pieniędzy marnowanych jest w szkolnictwie. Finansowanie z środków publicznych kierunków, które nie dają żadnych kompetencji na rynku pracy (a więc na rynku wymiany pracy za pracę, dóbr za dobra, czasu za czas etc.) skazuje rzesze młodych ludzi na przyszłą biedę, a obecnie pracujących na dużo niższy poziom życia niż ten, który wynikałby z ich pracy i umiejętności. Przykłady można mnożyć. Najbardziej radykalnym są kierunki pedagogiczne, na których kształci się w tej chwili ponad 200 tys. osób. Biorąc pod uwagę, że podobna liczba osób rodzi się każdego roku, te rzesze studentów (a zwłaszcza studentek) skazane są na bezrobocie lub pracę niewykwalifikowanych robotników. Ogólnie przesycenie rynku ludźmi o kompetencjach wyłącznie humanistycznych nie służy naszemu bogactwu. Warto pamiętać, że finansując te kierunki finansujemy własną biedę.

W ten sposób przechodzimy do drugiego punktu, który jest równie ważny co poprzedni. Czyli do wydajności pracy. Finansując szereg rzeczy nie przynoszących żadnych rzeczywistych dóbr, de facto finansujemy kompetencje, które są psu na budę potrzebne. Wydajność pracy to nic innego jak łatwość (gdy jest wydajność jest duża) lub trudność (gdy jest mała) wytwarzania pożądanych przez ludzi dóbr. Niektóre dobra musi wytwarzać cały zorganizowany zakład (np. samochody, czy oprogramowanie) – kompetencje pozwalające znaleźć pracę w takim zakładzie również są porządne (o ile produkowane przez nie dobra są pożądane).

Jeżeli wydajność pracy większej części społeczeństwa nie jest wyższa niż wydajność średnio-wykwalifikowanego  robotnika, nie dziwmy się, że jesteśmy biednym państwem. Nie chodzi tu jednak o liczbę przepracowanych godzin i liczbę wyprodukowanych towarów (celowo nie ‚dóbr’). Można bowiem produkować masę rzeczy, pracując po 12 godzin dziennie, których nikt nie potrzebuje. Jeżeli ktoś robi to prywatnie, po prostu nie zarabia. Jeżeli ktoś robi to na stanowisku budżetowym, marnuje pieniądze i wpędza w nędzę społeczeństwo. Taki charakter mają wspomniane już wyżej studia humanistyczne, 99% artykułów ‚naukowych’ produkowanych przez pracowników tych jednostek (nota bene podobno na artykuł z zakresu pedagogiki mający znaczenie na świecie trzeba w Polsce czekać 45 lat – co tyle się ukazuje w jakimś renomowanym czasopiśmie, nie jest jednak lepiej z innymi dziedzinami). Podobnie rzecz ma się z: większością bibliotek rejonowych, domów kultury, mediów finansowych przez państwo, szkoleń z PUP, zasiłków dla bezrobotnych itd. Zasada wszędzie jest ta sama. Pieniądze zabierane są od ludzi wytwarzających faktyczne dobra potrzebne innym ludziom, a przekazywane ludziom, którzy żadnych dóbr nie produkują.

Podsumowując kwestię drugą: niska wydajność pracy w Polsce związana jest (poza kwestiami prawnymi, które skutecznie ją zaniżają) z fatalną polityką edukacyjną oraz przekazywaniem środków na przedsięwzięcia bezsensowne.

Tak więc system prawny w Polsce wpędza nas w biedę. Wydajność pracy jest zaś tak niska (i będzie spadać, jeżeli nie zmienimy polityki edukacyjnej), że bieda będzie się tylko pogłębiać. Te dwie rzeczy trzeba zmienić, jeżeli mamy żyć w państwie bogatym. Drugą możemy zmienić sami. A dokładniej możemy ją zmienić przez skuteczne oddziaływanie na młodzież licealną, która niedługo będzie wybierać studia. Dla ich osobistego dobra i dobra nas wszystkich (bogactwo ma bowiem tendencję do ekspansji – najprościej: bogaci ludzie wydają więcej pieniędzy, dając pracę większej liczbie osób)  zniechęcajmy ich do wyboru idiotycznych kierunków studiów, które zrobią z nich oczytanych robotników. System prawny łatwiej zaś będzie zmienić, gdy będziemy społeczeństwem bogatym. Bogactwo bowiem, o czym się często zapomina, wytwarza w człowieku pewien szczególny rodzaj świadomości politycznej, która to świadomość, każe mu się zastanawiać nad tym, co jest dobre w długiej perspektywie czasu.

 

fot. http://www.e-sukces.com.pl/tag/pieniadze/


Balthasar Colbert