Felietony, komentarze, opinie

 

 
Nie przegap!
 

 
0
Opublikowane 14 września 2015 przez Marcin Sułkowski w Wydarzenia
 
 

Komu pomagać – naszym, czy obcym?

http://fordhampoliticalreview.org/wp-content/uploads/2013/03/immigration-nologo-2.png
http://fordhampoliticalreview.org/wp-content/uploads/2013/03/immigration-nologo-2.png

Problem, z którym styka się obecnie Europa, jest starym i dobrze znanym problemem etycznym, który tytułowany jest komu pomagać – naszym, czy obcym? I choć na gruncie etyki, nie ma wiążącej odpowiedzi na to pytanie, bo jak to w naukach tego typu bywa, można latami przerzucać się rozmaitymi argumentami, to powinniśmy pamiętać, że problem imigrantów, jest problemem politycznym. Zależnie od przyjmowanej narracji, możemy zastosować różne rozwiązania. W Polsce tą dominującą, jest narracja romantyczna, co widać przy okazji oceny naszych narodowych powstań, zrywów i innych dynamicznych wydarzeń historycznych. Nie ma sensu w tej chwili spierać się, która postawa jest lepsza – to nie miejsce na to. Do tego, jak wcześniej wspomniałem, takie spory ciągną się bez końca. Co możemy jednak zrobić, to przedstawić konsekwencje obu narracji i wybrać te, które nam bardziej odpowiadają. Nie ważne, czy weźmiemy pod uwagę tylko namysł czy także emocje. Istotne jest to, co nam wydaje się bliższe.

W mediach panuje ogólna histeria dotycząca nieszczęśliwych imigrantów z krajów, w których panuje wojna i szeroko pojmowany terror. Ludzkie nieszczęście jest zawsze czymś, nad czym należy się pochylić i starać się pomóc. Nasi romantycy twierdzą, aby imigrantów przyjmować, bo trzeba ich uchronić od ich paskudnego losu. Nam – Polakom, też kiedyś pomagano, więc mamy tym większy obowiązek, aby odwdzięczyć się chociaż w taki sposób. Nie ma znaczenia ani wyznawana przez imigrantów religia ani narodowość – liczy się tu i teraz, w myśl: jeśli im nie pomożemy, to będziemy odpowiedzialni za ich ewentualną śmierć.

Realiści natomiast dystansują się od przyjmowania rzeszy obcokrajowców. Przedstawiają na rzecz tego podejścia szereg argumentów. Twierdzą oni, że po pierwsze, gros tych, którzy tkwili przy dworcu Keleti, to nie byli starcy, kobiety czy dzieci, a mężczyźni w wieku produkcyjnym, którzy nie chcieli walczyć o swoją ziemię, dlatego należy ich traktować jako dezerterów, a nie uchodźców. Po drugie, zarzucają potencjalnym imigrantom, że chodzi im tylko o wysokie zasiłki, jakie gwarantują niektóre państwa Unii Europejskiej i ekspansję islamu, nie zaś o faktyczną pomoc. Po trzecie, realiści przypominają, że Polakom wcale nie było tak różowo i wystarczy przypomnieć, jak Wielka Brytania potraktowała polskich żołnierzy na swoich terenach po II wojnie światowej. Po czwarte, mamy wystarczająco dużo swoich problemów i nie mamy środków, aby pomóc kolejnej grupie osób.

Oba zestawy mogą wyglądąć na próbę zaspokojenia własnego sumienia, ale w istocie są konkretnymi propozycjami politycznymi. W przypadku podejścia romantycznego, musimy mieć świadomość, że imigranci są w większości muzułmanami, a że historia magistra vitae est, toteż doświadczenia Francji i rozrób na przedmieściach Paryża powinna nas czegoś nauczyć. Być może jedynie przemodelowania podejścia do naszych gości i właśnie traktowania ich jak gości, którzy mają szanować nasze prawa i obyczaje, a nie jak grupę, której należy ulegać w imię dogmatu tolerancji. A być zmiany nic nie dadzą, bo islam jest na tyle ekspansywny, że i tak dojdzie do tarć? W tym wypadku wszystkie potencjalne nieszczęścia i tak zostają na sumieniu romantyków. Realiści skolei muszą wiedzieć, że konflikty na Bliskim Wschodzie czy w innych rejonach świata mogą być początkiem efektu domina. Zagrożeni ludzie postępują nieracjonalnie i nie wpuszczenie ich do krajów UE, może spowodować starcia o ogromnej skali. Dodatkowo, jeśli islam faktycznie jest siłą, która chce podbić Europę, to należy się zastanowić, czy nie lepiej wciągnąć muzułmanów do siebie, chrystianizować ich lub laicyzować, co zneutralizuje zagrożenie? Oczywiście tutaj znów nie ma dobrej recepty, bowiem nikt nie gwarantuje tego, że muzułmanie będą chcieli się ochrzcić czy zmienić swoje, często radykalne, podejście do religii Mahometa. Ponownie konsekwencje spadną na decydentów.

Jesteśmy więc w syuacji, w której trudno o dobre rozwiązanie. Stoimy u progu problemu zderzenia cywilizacji i mam nieodparte wrażenie, że to nie do końca od nas zależy, czy to zderzenie odbędzie się z wielkim hukiem, czy jednak będzie dość spokojne. Trudno bowiem przewidzieć intencje drugiego człowieka, a co dopiero takiej ich rzeszy.

M.S.

fot. http://fordhampoliticalreview.org/wp-content/uploads/2013/03/immigration-nologo-2.png


Marcin Sułkowski